MICHAŁ ANDRESKOWSKI

Na skróty

MICHAŁ ANDRESKOWSKI

JAK SIĘ ZACZĘŁA PAŃSKA PRZYGODA Z BRANŻĄ DEKARSKĄ?

Michał AndrESKowSKI: Powiedziałem, że boję się wysokości i za cholerę nie pójdę w ślady mojego ojca. Z zawodu jestem cukiernikiem. Mój ojciec przez trzydzieści trzy lata prowadził firmę dekarską. Napatrzyłem się jako dzieciak na jego pocięte ręce, blizny i rozmaite uszkodzenia. To niebezpieczna praca. Dlatego stwierdziłem, że wybiorę inną specjalizację. Cukiernik ma ciepło, jedzenie pod nosem. Tymczasem szybko okazało się, że to praca, w której masz być dyspozycyjny w nocy, albo naprawdę wcześnie nad ranem. Kumple na imprezę, a ja dekorować ciasta. Koledzy z imprezy, ja do roboty. Święta? Zapomnij, że spędzisz je z rodziną. A na dodatek ta powtarzalność – codziennie robisz to samo. Zresztą klimat pracy w kuchni oddają wszystkie te programy kulinarne. Gdy przychodzisz do restauracji, nie będziesz czekał godziny na posiłek, więc ludzie pracują tam na wariata. Praca w kuchni dostarcza adrenaliny, ale z innego źródła, niż praca na dachu. Na dachu nie znajdziesz nic tak powtarzalnego, jak powiedzmy dziesięć kurczaków, które codziennie przygotowujesz na posiłek przez kolejne kilkanaście lat.

JAK TO SIĘ ZATEM STAŁO, ŻE JEST PAN W TYM ZAWODZIE?

MA: Tak mnie to cukiernictwo znudziło, że szukałem jakiejś adrenaliny. Wspięliśmy się z kumplem na wieżę meteorologiczną. Głupi, pochwaliłem się siostrze, siostra mamie, a mama ojcu. Ojciec zadecydował, że skoro ze mnie taki chojrak, to się mu przydam na dachu. Na początku nazywali mnie „człowiek żaba”, bo tak się kleiłem do dachu. Raz ekipa musiała dziurę robić w dachu, bo ze strachu nie zszedłem po rusztowaniu. Zaczynałem od podawania łat za 2,20 zł za godzinę. Bardzo mnie
to irytowało, bo wiedziałem, że ojciec mógłby mi zapłacić więcej. Mówił jednak: będziesz umiał, to będziesz zarabiał. Oczywiście się buntowałem. A on konsekwentnie płacił mi mniej niż wszystkim w ekipie. Miałem wtedy 17 lat. Ojciec przypilnował, żebym skończył szkołę cukierniczą, ale w ostatnim dniu mojej pracy w zawodzie cukiernika obiecałem sobie, że wypiekać to ja mogę siebie na dachu, ale za żaden inny wypiek nie wezmę się do końca życia. I słowa na razie dotrzymałem. Od dwudziestu lat zrobiłem sporo dachów i ani jednego ciasta.

DLACZEGO ZDECYDOWAŁ SIĘ PAN ZOSTAĆ PRZEDSIĘBIORCĄ W BRANŻY DEKARSKIEJ?

MA: Budowlanka to krótka piłka. Synusia tatusia nikt nie będzie szanował za to, że jest synusiem. A ja byłem ambitny i chciałem być doceniony przez ludzi w ekipie. To oni mnie prostowali, bo wiedzieli znacznie więcej. Szybko dotarło do mnie, że muszę wiedzieć coś o pracy, którą robię. Zanim zszedłem z dachu i zacząłem zarządzać firmą, dostałem sporo lekcji. Początki jako przedsiębiorca nie były łatwe, bo ten gówniarz, co pracował w ekipie, nie miał autorytetu szefa. Powodowało to czasami nieprzyjemne sytuacje. Zwłaszcza, gdy miałem inną wizję. Zależy mi, abyśmy byli zgrani organizacyjnie. Dobra organizacja pracy wszystkim wychodzi na dobre. Gdy ojciec zobaczył, że daję sobie radę, przekazał mi firmę w całości. I wtedy wszystko się zmieniło.

CO LUBI PAN NAJBARDZIEJ W SWOJEJ PRACY?

MA: Dekarstwo to totalne przeciwieństwo monotonii. Codziennie poznajesz nowych ludzi, masz nowe wyzwania. Pracujesz od poniedziałku do piątku po osiem godzin dziennie i zazwyczaj są wolne weekendy i święta. Masz czas dla bliskich, siebie, wszystkiego tego, co kochasz. Różnorodność w kładzeniu pokrycia, częste zmiany miejsc pracy. Raz jesteśmy w Gdańsku, raz na Helu, raz w Pucku czy okolicznych wioskach i każdy dzień jest inny. Poza tym zarządzanie firmą dekarską to też taka trochę zabawa klockami Lego. Przyjeżdża ten cały materiał na budowę i widzisz jak te klocki znikają z jednego miejsca, aby zbudować obok coś nowego, a jak już zbudujesz, to robisz porządek i wypad na następną.

CZY WOLI PAN PRACĘ PRZEDSIĘBIORCY W BRANŻY DEKARSKIEJ CZY DEKARZA?

MA: Praca na dachu jest przyjemniejsza niż szefowanie. Jako szef bierzesz na siebie całą odpowiedzialność, w tym klientów, którzy potrafią przekładać termin jak kartki w książce, po czym wycofać się kompletnie, tak z bomby. Lubię pracować fizycznie i rozporządzać ludźmi, to mnie kręci. Jadę na budowę i wiem kto, co ma robić. Czasem śnię o pracy, bo ją lubię. Praca na dachu jest niebezpieczna, ale po tylu latach pokochałem wysokość. Nie unikniesz wypadków, ale zdarzają się już coraz rzadziej. Dawno temu, to były moje początki, robiliśmy dach w Połchowie. Duży, około trzystu pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Każdy miał na nim swoje miejsce. Na budowie był murarz, który wrzasnął zapytać, czy któryś z nas idzie do sklepu. Każdy odpowiedział, że ma robotę i nie idzie, ale w pewnym momencie kolega, który robił rynny, potknął się i spadł z czterech metrów na sam dół. Przestraszyliśmy się wszyscy, nic mu się szczęśliwie nie stało, a murarz na to bez mrugnięcia okiem: jak już jesteś na dole, to idź do sklepu.

JAK OCENIA PAN PRACĘ Z INWESTORAMI?

MA: Mamy fajnych klientów, którzy sporo rozumieją, w tym wszelkie wyzwania, jakie stoją przed naszą pracą. Dekarstwo jest cudowne, ale prowadzenie firmy to ciągła adrenalina. To jak w szkole, gdy rodzice szli na wywiadówkę – czujesz zdecydowanie mocniej bicie swojego serca. Podobnie z firmą, nie wiesz, co usłyszysz, gdy odbierzesz telefon. Mam dziewięćdziesiąt dziewięć procent zadowolonych klientów, bo mi na tym zależy. Ten jeden procent to taki klient, któremu nie położyłem dachówki na płaskim dachu oraz drugi, który ma prawo mnie zapamiętać. Jak zaczynałem i uczyłem się papy termozgrzewalnej to przypaliłem mu nieźle drzwi. Ja też zapamiętałem dobrze, jak bardzo był wściekły.

W CZYM SIĘ SPECJALIZUJE PAŃSKA FIRMA?

MA: Zazwyczaj robimy blachę na rąbek stojący, papy termozgrzewalne, dachy płaskie, styropapę i dachówkę. Zajmujemy się również odbiorami azbestu.

JAK OCENIA PAN KONKURENCJĘ W BRANŻY DEKARSKIEJ?

MA: To nie pycha, ale trudno nazwać konkurencją zaprzyjaźnione firmy po fachu, z którymi sprzedajemy sobie pracę nawzajem. Przecież nie mówisz konkurencji, jeśli coś wiesz lepiej. A ja mam bardzo fajnych kolegów, którzy mi mówią, że na przykład kupili dobrą gwoździarkę, czy maszynę do cięcia blachy. Kumpel zawsze dzwoni i mówi, gdy ma nowy sprzęt. Wiec jak ja mogę tego człowieka nazwać konkurencją?

JAKIE ROZWIĄZANIA CENI PAN SOBIE W PRACY?

MA: Bardzo nam ułatwiają pracę gwoździary i fleksy bezprzewodowe. Gdy zaczynałem pracę, to robiliśmy wszystko na prąd, na długi kabel, a teraz pracujemy bezprzewodowo, od wiertarek udarowych po nożyce. Jak zaczynałem wszystko trzeba było robić ręcznie, np, zanim wykonałeś rynnę, trzeba było naciąć blachę płaską o odpowiednim wymiarze, wygiąć na maszynie, a potem zlutować.. Mamy dwie maszyny do ich wykonywania, jeszcze sprowadzone z Niemiec przez ojca. Teraz pójdziesz do firmy handlowej i kupisz. Aby było łatwo i przyjemnie w zakupach, to warto mieć sensowną nazwę. To mi się nie udało (śmiech). Tato miał firmę Stefan Andreskowski – Usługi budowlane. Tymczasem mój księgowy wpadł na pomysł, że moją firmę nazwiemy: Wykonywanie Konstrukcji Dachowych Michał Andreskowski. Jak mają wpisać gdzieś moje dane, zawsze pytają, czy to aby nie spółka. A ja mówię, że nie, że to mój księgowy.

JAKIE REALIZACJE SĄ WIZYTÓWKĄ PAŃSKIEJ PRACY?

MA: Muzeum Rybołówstwa na Helu, kościół Piotra i Pawła w Pucku. Robiliśmy też dachy dla Invest Rozewie oraz pokrycia dwóch domów na inwestycji Morena Park. Inwestor chciał, abyśmy zrobili więcej, ale ja też nie lubię wchodzić na jedną budowę i siedzieć tam, nie wiadomo ile. Jeden dom zajmował nam miesiąc, więc perspektywa dziesięciu miesięcy w Gdańsku nie była dla nas. Trzeba ostrożnie dzielić pracę pomiędzy klientów, aby nie uzależnić się od jednego.

JAKIE TRZEBA MIEĆ CECHY, ABY ZOSTAĆ DOBRYM DEKARZEM?

MA: U mnie w ekipie pracowała kobieta — kozak niesamowity, pracowała na dużych wysokościach, w tym na kościele. Dekarzem może spróbować zostać każdy, byleby nie był leniwy. Dobry dekarz musi też być kreatywny, bo dachy tego wymagają. Bez kreatywności może i będziesz dekarzem, ale ograniczonym. Jeśli nie masz wyobraźni, staniesz na nowym dachu i jedyne, co popełnisz to błędy budowlane.

KTO TWORZY ZESPÓŁ PAŃSKIEJ FIRMY?

MA: Najlepsi ludzie. Jest dwóch brygadzistów i dwóch pomocników. Brygadziści wcześniej pracowali u mojego ojca. Marcin pracuje chyba ponad dwadzieścia pięć lat. Chudy na pewno ponad dziesięć. Rewelacyjna ekipa. Rok temu nie było mnie w pracy blisko dwadzieścia dni i znakomicie dali sobie radę. Gdy mam dłuższe wolne, zdarza mi się zadzwonić, a oni pytają, po co dzwonię, skoro mam urlop. Kluczową wartością w naszej ekipie jest uczciwość wobec klienta i względem siebie. Gdy coś idzie nie tak, mówimy sobie o tym otwarcie. Ktoś jest zmęczony, to o tym mówi. Każdy ma swoje słabości, każdy popełnia błędy. Najważniejsze, żeby się do nich przyznać.

JAKIE TRENDY DOSTRZEGA PAN W DACHACH?

MA: Modne są proste dachy, żadnych falistych.

CZY PAŃSKA PRACA MA WPŁYW NA ŻYCIE RODZINNE?

MA: Moim obowiązkiem po pracy, ale również oczywistą przyjemnością jest moja żona. Mam to szczęście, że trafiłem na wspaniałą, mądrą kobietę. Nie trzyma nade mną bata, a gdy faktycznie zaczyna brakować czasu na wspólne życie to mówi wprost, że przeginam. Dlatego, gdy usłyszała, że chcę zająć się muzyką, powiedziała, że przy liczbie moich zainteresowań, warto, abym wziął się za coś na poważnie. Więc się zająłem.

CZYLI MA PAN SPORO ZAJĘĆ PO PRACY?

MA: Mam wiele pasji, ale główne to wspinaczka i jazda konna, a przede wszystkim bardzo po drodze mi z muzyką. Mam starszą siostrę, która zaszczepiła we mnie miłość do muzyki. Gdy byliśmy dziećmi nagminnie oglądała MTV, więc nasłuchałem się Nirvany i Guns N’ Roses i jakoś to we mnie zostało. Zacząłem od gitary akustycznej, dość późno, bo w wieku dwudziestu ośmiu lat, ale zdążyłem się nauczyć trochę grać na basie, pianinie i perkusji. Nawet trochę umiem śpiewać. Wcześniej nie było mnie na to stać, ponieważ wszystko było bardzo drogie. Teraz, gdy chcesz się czymś zająć, nie trzeba wydawać pieniędzy na drogi sprzęt, bo często kupisz tanio w taniej sieci handlowej. No i jak złapiesz bakcyla, możesz zająć się tym profesjonalnie.

W JAKI SPOSÓB REALIZUJE PAN SWOJĄ MUZYCZNĄ PASJĘ?

MA: Można powiedzieć, że mam dwie twarze — jedna to ta firmowa, gdzie wszystko jest na tip-top, a druga to artystyczna. Pod pseudonimem Anders oddaję się muzyce i zabawie. Zasadnicza różnica pomiędzy tymi dwoma światami — robieniem dachów a robieniem muzyki, jest taka, że nie powiem nikomu, że nie przyjdę kłaść dachu, bo nie mam weny. Razem z kumplami stworzyliśmy kiedyś zespół Toxic Muschrooms, nagraliśmy jedną płytę, tam jest 10 kawałków. Dostaliśmy zaproszenie od Kultu, aby grać podczas ich tournée jako support. I tak się stało, pięć koncertów graliśmy razem. Super było ich poznać i porozmawiać z Kazikiem. Graliśmy też przed zespołem Strachy na Lachy i paroma innymi. W gazetach napisali, że gramy punk. Nie zgadzam się (śmiech). Samodzielnie skomponowałem i nagrałem album „Róża”. Pandemia niestety trochę pokrzyżowała mi plany — nie mam weny (śmiech).

SKĄD ZAMIŁOWANIE DO WSPINACZKI?

MA: Wspinaczka to jest pokonywanie kolejnych etapów. Gdy się dobrze zorganizujesz i będziesz myśleć, co robisz, zajdziesz daleko. Jak w dekarstwie. To również panaceum na monotonię. Trzeba lubić adrenalinę i wysokość. Oba zajęcia są niebezpieczne, bo długo nie trzeba się starać, żeby sobie zrobić krzywdę. Jak jesteś bezmyślny, masz ją jak w banku. Mam respekt do wysokości – ojciec zawsze mówił, że tylko głupiec się nie boi, a ci, co się nie boją, mieszkają na cmentarzu.

JAK OCENIA PAN JAKOŚĆ DACHÓW POLSCE?

MA: Z rynku dachów na pewno wyrzuciłbym całą blachodachówkę, a zastąpił ją dachówką, która jest piękna i dużo bardziej trwała. Oczywiście ta zmiana wymagałaby jednak zmiany wynagrodzeń dla nas, Polaków, ponieważ robocizna i materiał przy dachówce są droższe. Blachodachówkę wykona każdy. Dachówkę już nie, jest bardziej wymagająca, a jak masz dużo wykuszy lub bawole oko, no to już potrzebujesz dekarza.

JAK OCENIA PAN PRACĘ Z MŁODYMI LUDŹMI?

MA: Szczerze? Idziemy ku zagładzie i to wina rodziców. To nie dziecko jest głupie, tylko rodzic niemądry. Wychowano mnie tak, abym wiedział, że jeśli chcę coś osiągnąć, muszę się sam postarać. Młodym ludziom należy pomóc, ale nie podając wszystko na tacy. Przychodzi młody chłopak, nic nie umie, a chce nie wiadomo jakie pieniądze. Zupełnie, jakby robił łaskę, że przyszedł. Z przyjmowaniem wskazówek, czy krytyki jest problem.

CO BY PAN PRZEKAZAŁ POCZĄTKUJĄCYM W ZAWODZIE?

MA: Weźcie się za robotę i nauczcie się przyjmować krytykę. Nic więcej nie mam do powiedzenia, bo niczego więcej nie wymagam. Na otuchę może warto dodać, aby nie przejmowali się potknięciami. Cierpliwość popłaca.

CO BY PAN SOBIE POWIEDZIAŁ 20 LAT TEMU?

MA: Bierz się za muzykę. Znajoma, która uczy aktorów, powiedziała mi, że jestem trochę taki zmarnowany talent. I chcę jej w to wierzyć (śmiech). Był już skrzypek na dachu. Zostałem muzykiem na dachu.